.

.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niekulinarnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niekulinarnie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 grudnia 2022

Życzenia na Boże Narodzenie 2022 od Aleex

Życzę moim czytelnikom, przyjaciołom i znajomym najpiękniejszych Świąt Bożego Narodzenia i wszelkiej pomyślności w nadchodzącym Nowym Roku 2023. Dziękuję, że jesteście ❤️ Agnieszka🙂

Przy wigilijnym stole 
Łamiąc opłatek święty, 
Pomnijcie, że dzień ten radosny 
W miłości jest poczęty; 

Że, jako mówi wam wszystkim 
Dawne, odwieczne orędzie, 
Z pierwszą na niebie gwiazdą 
Bóg w waszym domu zasiędzie. 

Sercem go przyjąć gorącym, 
Na ścieżaj otworzyć wrota — 
Oto, co czynić wam każe 
Miłość, największa cnota (...)

poniedziałek, 1 listopada 2021

Wspominki 2021

Z upływem lat człowiek bardziej docenia życie. Dawniej nie zastanawiałam się, ile czasu jeszcze mi zostało, jak długo będzie mi dane być z moimi najbliższymi. Teraz te pytania pojawiają się w mojej głowie coraz częściej. Wiem, że czas mi zapisany nie jest nieograniczony. Mam świadomość, że odchodzą ludzie coraz młodsi, czasami nieoczekiwanie. 
W tym roku pożegnaliśmy młodszego brata Daria. Jeszcze w czerwcu widzieliśmy się na moich urodzinach. Usłyszałam wtedy: “To za rok spotykamy się na takiej imprezie u mnie”. Nie zobaczymy się na jego kolejnych urodzinach, na żadnych. Jego ziemska wędrówka skończyła się przed pięćdziesiątką. Nagle, nieoczekiwanie. A później, w ciągu 2 miesięcy – od sierpnia do końca września byłam na 9 pogrzebach moich znajomych – bliższych i dalszych. 
Z każdą smutną uroczystością wracały do mnie natarczywe pytania: Ile jeszcze? Kto następny? Nie umiem się zmierzyć z tymi pytaniami. Nie chcę żegnać się z bliskimi. Nie wiem, czy sama byłabym gotowa, by skonfrontować się z ostatecznością. 

Dziwne to nasze ludzkie życie. Tak rzadko umiemy docenić to, co mamy: rodzinę, miłość bliskich, szacunek innych. Biegniemy wciąż przed siebie gnani problemami codzienności. Zabiegani. Zapatrzeni w przyszłość. Nie mamy czasu na refleksję, na to, by zatrzymać się na moment i docenić swoje życie. Ja mam co doceniać. Pracuję z wartościowymi ludźmi dla innych, mam cudowną, kochającą się rodzinę, mam dom – bezpieczną przystań, którą wspólnie tworzymy każdego dnia. Pełno w nim emocji, wspomnień i codzienności. Każdego dnia jestem za to wdzięczna. 

Dzisiejszy świat jest skomplikowany. Relacje straciły swoje znaczenie, ludziom trudno je stworzyć, choć przecież to w życiu powinno być najważniejsze. Szacunek do innych bywa towarem deficytowym. Prawda i uczciwość na liście priorytetów zajmują końcowe lokaty. Dziwny jest ten świat… 
Ale każdego roku jest 1 listopada. To szczególny dzień, który każe nam się zatrzymać, choć na krótką chwilę. Każe nam pomyśleć, że przecież: “Przychodzimy na ten świat bez niczego. Umieramy nie zabierając niczego. A w międzyczasie kłócimy się o wszystko. I po co?”

czwartek, 31 grudnia 2020

Nowy Rok 2021



Dziś Sylwester. Zbliża się koniec roku. 2020 był trudny i wymagający, pełen chwil, które ściskały za gardło ze wzruszenia i z przerażenia. Zweryfikował nasze postrzeganie świata, nasz system wartości, 
a także grono bliskich i ważnych dla nas osób. Jeszcze kilka obrotów wskazówek na tarczy zegara 
i wybije północ. Na scenie pojawi się 2021. Jaki będzie? Co przyniesie ze sobą? 
2021 to niewiadoma. Życzę Wam, aby był taki, jak oczekujecie. Niech przyniesie ze sobą zdrowie 
i powrót do normalności. Niech da Wam radość i zadowolenie. Kiedy nastanie, niech każdy z Was pamięta, że „Twój czas jest ograniczony, a więc nie marnuj go na życie cudzym życiem. Nie daj się złapać w pułapkę przeżywania życia będąc sterowanym przez innych. Nie pozwól by zgiełk opinii innych zagłuszył twój wewnętrzny głos. I co najważniejsze, miej odwagę podążać za swoim sercem 
i intuicją. One jakimś cudem już wiedzą kim tak naprawdę chcesz zostać. Wszystko inne ma wartość drugorzędną!” Steve Jobs

Wszystkiego dobrego na Nowy 2021 Rok! Aleex

źródło zdjęcia: Internet

czwartek, 24 grudnia 2020

Życzenia świąteczne od Aleex

Kochani – dziś Wigilia najpiękniejszych świąt – świąt Bożego Narodzenia. To wyjątkowy, magiczny czas, kiedy jednoczymy się wokół wigilijnego stołu, składamy sobie życzenia i dzielimy się opłatkiem. 
Biały opłatek ma w sobie niezwykłą moc pojednania. Znikają więc wszelkie spory, a my jesteśmy razem z najbliższymi, by z nimi celebrować te piękne świąteczne chwile. 

Zapach choinki, prezenty, kolędy i życzenia tworzą wyjątkowy bożonarodzeniowy klimat. Życzę Wam przede wszystkim zdrowia, bo ono jest najcenniejsze. Życzę Wam spokoju, radości z bycia razem z bliskimi, odpoczynku i wszelkiej pomyślności. Niech fortuna zawsze Wam sprzyja, a kłopoty omijają Was szerokim łukiem. 
Wszystkiego pięknego dla Was, na święta. 

Aleex. 




Źródło zdjęcia: Internet

niedziela, 15 listopada 2020

Czas rozgrzać piekarnik i na nowo rozpocząć przygodę z kuchnią Aleex.

Od ostatniego mojego wpisu minęło pół roku. To długa przerwa, podczas której wiele się działo. Po takim czasie zastanawiałam się, czy jest sesns wracać? Czy kogoś jeszcze interesuje to, co mam do zaproponowania? 
Prowadziłam swój blog przez 10 lat. Świat blogów bardzo się przez ten czas zmienił. Pojawiły się inne strony z pięknymi zdjęciami, których ja nigdy nie umiałam i nie umiem robić. Jest mnóstwo osób, które gotują i pieką. Na tle tak wielu różnych blogów moja kuchnia wypada bardzo zwyczajnie. 
Jednak od kilku dni moje myśli wciąż i wciąż wracały do bloga. Kiedy wczoraj, po kilku miesiącach po raz pierwszy (!) uruchamiałam stronę “W mojej kuchni”, miałam mnóstwo wątpliwości, czy dobrze robię. Chodziło mi po głowie, by wyłączyć komputer. Po co znów zaczynać? Przecież nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. 
A jednak uruchomiłam bloga. I wtedy zobaczyłam, ze Blogger się zmienił. Te zmiany dotyczyły nie tylko szaty graficznej, ale także ustawień. A w ustawieniach dostrzegłam… 1005 Waszych komentarzy, które czekały na zatwierdzenie. Nie mogłam w to uwierzyć, że jednak nadal do mnie zaglądacie, że wciąż chcecie odwiedzać moją kuchnię. To mi pomogło podjąć decyzję.
Rozstałam się z Wami w marcu, kiedy świat już wiedział, że ludzkość musi zmierzyć się z nową pandemią. Na początku roku, mimo choroby, byłam pozytywnie nastawiona i przekonana, że rok 2020 będzie bardzo udany. No cóż, pod wieloma względami jest dla mnie szczęśliwy, ale za to bardzo, bardzo trudny. 
Pandemia i zamknięcie w domach zmieniło nieco nasze postrzeganie świata. Staliśmy się dla siebie jeszcze ważniejsi. Razem z Gwiazdeczką czekaliśmy na kolejne Maleństwo, które miało się pojawić latem. Ten czas oczekiwania był bardzo trudny i wyczerpujący emocjonalnie, bo wiele rzeczy szło “nie tak”. Ostatecznie Bąbelek urodził się z pomocą lekarzy w dniu imienin swojej Mamusi. Największym prezentem dla Gwiazdeczki i dla nas był fakt, że jest ZDROWY. 
Po pojawieniu się Bąbelka na świecie, musieliśmy poświęcić mu mnóstwo uwagi, nie zapominając o Maleńkiej, która musiała szybciutko wejść w rolę starszej siostry. Jednak, mimo naszych początkowych obaw, Maleńka świetnie sobie poradziła. Ostatnie pół roku, to bardzo trudny czas także w pracy. Nowi ludzie, nowe obowiązki i nowa odpowiedzialność nie ułatwiały mi funkcjonowania w szkole ani sprawowania swojej funkcji. Nie zmieniło się to do dzisiaj i nadal moja praca jest bardzo absorbująca. Chyba najtrudniejszym dla nas czasem był październik. Wokół hulała pandemia. Wirus zbierał coraz obfitsze żniwo. Ilość osób zakażonych wzrastała lawinowo. Wreszcie COVID-19 dotarł i do nas. Przez dwa tygodnie lekarze walczyli najpierw o życie, później o zdrowie Daria. Przeszliśmy przez szpital, tlenoterapię, sterydy, antybiotyki i całą resztę, o której słyszy się każdego dnia w mediach. To był mroczny, straszny czas, pełen obaw i przerażenia. 
Listopad przyniósł nam nadzieję. Jesteśmy w domu, razem. Dzieci są zdrowe. Powoli wraca do nas spokój. Powoli wraca też wiara, że już będzie dobrze. W pierwszych dniach miesiąca, jak co roku, przygotowałam ciasto na dojrzewający piernik. W domu zapachniało przyprawami korzennymi, pomarańczami, imbirem. Słychać w nim śmiech i płacz dzieci, nasze rozmowy. Czuć rodzinną atmosferę, którą podsycamy każdego dnia. 
Do takiej zwyczajnej kuchni znów mogę Was zaprosić. Jeśli chcecie, zostańcie, bo zawsze jest tu dla Was miejsce. Nie obiecam, że codziennie będzie nowy wpis, bo na to nie mam czasu. Ale postaram się, by było pysznie i prosto. To co, kochani? Chyba czas rozgrzać piekarnik i na nowo rozpocząć przygodę. 

Aleex

piątek, 1 listopada 2019

Wspominki 2019


Nieważne, czy rok minął,
Dzień, miesiąc, czy też lata.
Gdy odszedł ktoś... na zawsze,
To tracisz cząstkę świata.

I cząstkę samej siebie,
Bo żyjesz już inaczej.
Choć wstajesz co dzień rano,
Choć śmiejesz się i płaczesz.

Świat wygląda tak samo,
Choć tyle się zmieniło...
Nic już się nie powtórzy,
Nie będzie już, jak było...

Cóż zostało nam dzisiaj?
Wspomnienia... ten czas, te chwile...
To dużo... czy może niewiele...
aż tyle, czy tylko tyle... 💔

Dorota Kluska

środa, 7 sierpnia 2019

Szczawnica subiektywnie wg Aleex


W tym roku podczas wakacji mogłam skorzystać tylko z 7 dni urlopu. Tak wypadło. Trudno. Nie jest łatwo, ale teraz w swoim domu czuję się trochę jak na wakacjach, dlatego codziennie mam namiastkę urlopu. W ciągu tych kilku wolnych dni odwiedziliśmy Gwiazdeczkę i Maleństwo w Lublinie. Znaleźliśmy czas na pyszny obiad w klimatycznej knajpce „Stół i wół” na Starówce, na lody w „Bosko” oraz spacer po deptaku i Placu Litewskim. Wieczorem siedziałyśmy z Gwiazdeczką na tarasie i wspominałyśmy ubiegłoroczne wakacje.
W tamtym roku wygospodarowałyśmy tydzień i pojechałyśmy z Gwiazdeczką do Szczawnicy. Trafiłyśmy jak w Totka – to był tydzień najgorszej pogody, chłodu i deszczu, lokalnych podtopień, alertów pogodowych 3 stopnia, zerwanych dróg, słowem, wszelkich kataklizmów, jakie mogły się pojawić w górach. Na szczęście miałyśmy także chwile pięknej pogody. Byłyśmy same. Mogłyśmy pospacerować, porozmawiać, pobyć ze sobą i cieszyć się oczekiwaniem na Maleństwo, które wtedy było już w drodze. Ponieważ na ciągłą pogodę nie mogłyśmy liczyć, a wyczerpujące eskapady były poza naszym zasięgiem (i chęciami), wymyśliłyśmy, że będzie to taka podróż kulinarna. Odwiedzałyśmy fajne knajpki, lokalne kawiarenki i restauracje, o których ktoś nam opowiedział lub coś przeczytałyśmy. Dziś zapraszam Was na taki - subiektywny – przegląd fajnych miejsc w Szczawnicy. Może kiedyś Wam się przyda?
Szczawnica leży w dolinie potoku Grajcarka. Większa część terenów miasta znajduje się w obrębie Beskidu Sądeckiego, natomiast za doliną potoku Grajcarka wznoszą się już Pieniny.
Miasto dzieli się na dwie „dzielnice”: Szczawnicę Dolną, której główna zabudowa koncentruje się na wysokości 435-480 m n.p.m. oraz Szczawnicę Wyżnią, z główną zabudową na wysokości od 460 do 520 m n.p.m. Pomiędzy nimi znajduje się Centrum.


Pierwsze wzmianki o Szczawnicy pochodzą z 1413 roku, choć osadnictwo ludzkie na tym terenie istniało już wcześniej. W połowie XIV wieku Szczawnica była parafią. W roku 1834 dobra szczawnickie zostały przekazane Józefinie i Stefanowi (Szczepanowi) Szalayom. Po śmierci Stefana Szalaya Szczawnicę przejął w 1839 r. jego syn Józef Szalay. To właśnie on jest uważany za twórcę uzdrowiska. Wzniósł on pierwsze budynki zdrojowe oraz kaplicę zdrojową, które sam zaprojektował; rozszerzył i urządził Park Górny; zakrył koryto Szczawnego Potoku pod dzisiejszym placem Dietla oraz dbał o reklamę uzdrowiska. W 1876 r. Józef Szalay zapisał uzdrowisko krakowskiej Akademii Umiejętności. W drugiej połowie lat 30-tych XX wieku wzrosło zainteresowanie Szczawnicą. Usytuowanie Uzdrowiska w dolinie Grajcarka tworzy znakomity mikroklimat, sprzyjający poprawie zdrowia. Nieodłącznym elementem Uzdrowiska jest wspaniała Pijalnia Wód Mineralnych. Uzdrowisko specjalizuje się w leczeniu chorób dróg oddechowych, w tym przewlekłych stanów zapalnych nosa i gardła, schorzeń aparatu głosowego; schorzeń alergicznych dróg oddechowych, astmy oskrzelowej; schorzeń układu ruchu tj. chorób zwyrodnieniowych stawów i kręgosłupa, a także chorób reumatycznych i reumatoidalnego zapalenia stawów. W tym urokliwym miejscu można znaleźć także świetną kuchnię. O kilku takich wyjątkowych knajpkach Wam opowiem.



Będąc w Szczawnicy nie sposób pominąć kawiarni pod nazwą „Café Helenka”. „Helenka” usytuowana jest w samym sercu szczawnickiego uzdrowiska, w stylowym budynku na Placu Dietla. Kawiarnia jest połączeniem współczesnego, wielokulturowego stylu, w którym tradycja i regionalne akcenty przeplatają się z nowoczesną estetyką i gustowną elegancją. Bardzo podobał nam się w „Helence” wystrój przypominający przełom XIX i XX wieku. Obsługa była bardzo miła. Panie wyczerpująco opowiadały o pozycjach z menu, my jednak wiedziałyśmy, że tam musimy skosztować najsłynniejszego deseru – Pavlowej. Zamówiłyśmy więc Pavlową, a także szarlotkę z gałką lodów oraz kawę z likierem i herbatę. Wszystko smakowało znakomicie. Porcje deserów były ogromne, a Pavlowa okazała się tak pyszna, że po kilku dniach zabrałyśmy ją do domu. Gorąco, gorąco polecam.








Kolejnym ciekawym miejscem w Szczawnicy jest kawiarnia „Eglander Caffe” przy ulicy Zdrojowej. "Eglander Caffe" powstała kilka lat temu. Mieści się w zabytkowym, drewnianym budynku z charakterystyczną wieżyczką o nazwie "Englander". Nazwa wywodzi się od nazwiska jego ostatnich przedwojennych właścicieli. „Eglander Caffe” jest uroczym, kameralnym lokalem, urządzonym ze smakiem oraz dbałością o detale. Wizytówką tej kawiarenki jest aromatyczna, świeżo mielona kawa, w różnych postaciach, pyszne desery, lody, a także pyszne, owocowe i zawsze świeże koktajle. Nam, oprócz kawy, bardzo smakowały świetne gofry z owocami i znakomity sernik.



Na tworzonej przez nas szczawnickiej mapie słodkości istotne miejsce zajęła lokalna lodziarnia: "Lody Jacak". Jacak to rodzinna firma założona w 1968 roku. Lodziarnia od samego początku mieści się w domu należącym do właścicieli przy ulicy Głównej 15. Wyśmienity smak lodów to zasługa używania wyłącznie najlepszych, naturalnych składników. W lodziarni ustawiają się ogromne kolejki, szczególnie w sezonie, ale warto postać chwilę, by spróbować tych wyśmienitych i nietypowych lodów. Nietypowych, bo są one sprzedawane nie na gałki, ale wg wagi, a każdy smak ma swoją cenę. W latach 90 firma rozwinęła się, powstała również cukiernia, oferująca domowe wypieki - ciasta, i torty. Ciast nie jadłyśmy, ale na lody wracałyśmy kilkakrotnie i gorąco polecamy.






Podczas spaceru uliczkami natknęłyśmy się na baner reklamujący lokal z plackami ziemniaczanymi w kilkunastu odmianach. Idąc według wskazówek, trafiłyśmy do „Jakubówki”. Jakubówka to ponad 130-letni położony w historycznej części Uzdrowiska – dawny dom Żyda W. Szellera mieszczący dawniej 8 mieszkań z 10 pokojami. Drewniany, otynkowany tynkiem piaskowo-wapiennym na trzcinie był jednym z pierwszych tak dużych budynków w Szczawnicy. Przed wojną przeszedł w ręce rodziny Haburów. W latach 90-tych budynek trafił w ręce prywatne i tak jest do dzisiejszego dnia. Obecnie sukcesywnie realizowany jest projekt części hotelowej, wyremontowano już część pokoi, w których mogą nocować goście. Na parterze domu znajduje się restauracja. Wystrój wnętrza zaskakuje prostotą i surowością, jedzenie jest zróżnicowane. My próbowałyśmy bardzo smacznych placków ziemniaczanych. Były chrupiące, nie pływały w tłuszczu, sos i dodatki naprawdę były aromatyczne, świeże i dobre. Nieco mniej nas zachwyciło żeberko grillowane (wzięłyśmy jedno - dla spróbowania), było zbyt spieczone i tłuste. Z kolei tradycyjny kotlet schabowy smakował tak jak powinien. Lokal oferuje także bardzo duży wybór lokalnych piw. Do "Jakubówki" na ulicę Jana Wiktora na pewno kiedyś wrócimy. I polecamy :)





Rozmawiając z mieszkańcami Szczawnicy o ciekawych miejscach kulinarnych, usłyszałyśmy o "Kocim zamku". Ponieważ obydwie z Gwiazdeczką jesteśmy wielbicielkami kotów, postanowiłyśmy tam pójść, chociaż opinie o tym miejscu były różne. Niestety, wbrew pozorom "Koci Zamek" nie ma zbyt wiele wspólnego z kotami. Historia lokalu nawiązywać ma do legendy zbója Pipikasa, polskiego odpowiednika Janosika, który mieszkał w "Kocim Zamku" i tutaj ukrywał zrabowane skarby. Wprawdzie nie mieszkają tu koty, ale są za to inne ciekawe stworzonka, które śpiewem umilają pobyt. Szkoda tylko, że mają tak małe klatki. Po wielu latach "Koci Zamek". położony ok. 1 km od wjazdu do Szczawnicy przy ulicy Głównej, powrócił ponownie do dawnej świetności. Starannie odrestaurowany przez obecnego właściciela, zaskakuje niekonwencjonalnymi rozwiązaniami architektonicznymi. Po wejściu do środka stromymi schodami trafiamy na istny labirynt sal, salek i korytarzyków. Dominuje wystrój rycerski, ale tak naprawdę to miejsce to mieszanina różnych stylów. Zamówiłyśmy z Gwiazdeczką pierogi ruskie (1/2 porcji) i zupę cebulową. No cóż... pierogi były zjadliwe, ale zupa zupełnie nie - nie ta konsystencja, nie ten smak. Przypominała zupę z torebki. Nie tego oczekiwałyśmy po restauracji. Obsługa również pozostawiała wiele do życzenia. Do "Kociego zamku" już nie wrócimy.







Za to zupa cebulowa i rosół, zjedzone przez nas następnego dnia w restauracji „Bohema” usytuowanej w willi „Marta” smakowały znakomicie. "Bohema" to wspaniała restauracja charakteryzująca się pięknym i oryginalnym wnętrzem, którego dopełnieniem jest stylowy kominek. Mimo lipca był rozpalony, bo na dworze było naprawdę chłodno. To właśnie tutaj, w jego ciepłym blasku odpoczywałyśmy i rozgrzewałyśmy się po długim spacerze. Wchodząc do środka „Bohemy”, miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie – do początków XX wieku. Dawny klimat odtworzono tu nie tylko dzięki eleganckiemu wystrojowi sali, ale także dzięki obsłudze – kompetentnej i miłej. Rosół smakował jak domowy, zaś zupa cebulowa nareszcie miała klasyczny smak. Wszystko było jak powinno być.





Podczas tygodnia spędzonego w górach trafiło nam się kilka chwil ze słońcem. Jeden z pogodnych dni spędziłyśmy na wycieczce do Wąwozu Homole. To jedno z bardziej urokliwych miejsc w górach. Razem z Gwiazdeczką spacerowałyśmy wzdłuż przepięknego strumienia górskiego, odpoczywałyśmy, siedząc na kamieniach i mocząc stopy w chłodnej wodzie. Nie wędrowałyśmy zbyt daleko, rosnące Maleństwo nie pozwalało na duży wysiłek. Po wędrówce zregenerowałyśmy siły w knajpce „Szałas Homole”. Przemiła właścicielka poleciła nam tradycyjną kwaśnicę. Być w górach i nie spróbować kwaśnicy to nie do przyjęcia. Zamówiłyśmy ją więc i okazało się, że była to świetna decyzja. Kwaśnica smakowała wyśmienicie! Mimo że miejsce niepozorne, to jest naprawdę godne polecenia. A więc polecamy obydwie: Gwiazdeczka i ja.




Po wycieczce do wąwozu popołudnie spędziłyśmy w szczawnickim Jazz Barze w Dworku Gościnnym Park Górny 7. Byłam w tym lokalu wcześniej. Zapamiętałam charakterystyczny wystrój tego miejsca: połączenie czerwieni aksamitu i czarnych, lakierowanych stolików, ciężkich zasłon sięgających ziemi, świec i przyciemnionego światła. Bardzo podobał mi się wówczas koncert i smakowało mi jedzenie. Ten cudny klimat sprawiał, że nie chciało się stamtąd wychodzić. Opowiadałam Gwiazdeczce o tym lokalu. Miałyśmy się tam wybrać na jakiś obiad, ale okazało się, że na jeden dzień Jazz Bar zamienił się w lokalną strefę kibica. Zarezerwowałyśmy miejsce, aby kibicować Polsce podczas meczu piłkarskiego. Przy okazji mogłyśmy spróbować nietypowych dań. Zamówiłyśmy zestaw kibica z piwem (bezalkoholowym!!!) Wszystko było znakomite, nawet krewetki smakowały rewelacyjnie. Koniecznie odwiedźcie to miejsce.


Jeden dzień poświęciłyśmy też na wyprawę do Bukowiny Tatrzańskiej. Tam odwiedziłyśmy baseny termalne. Całkiem fajnie spędziłyśmy czas. Pływałyśmy w ciepłej wodzie, dałyśmy się porwać nurtowi rwącej rzeki, odpoczywałyśmy na leżakach i gadałyśmy, gadałyśmy, gadałyśmy. Po kilkugodzinnej kąpieli byłyśmy naprawdę głodne. Początkowo planowałyśmy, aby pójść do nowej restauracji Magdy Gessler w Bukowinie, ale ostatecznie wybrałyśmy inne miejsce. Skusiły nas niezwykle pozytywne opinie, które postanowiłyśmy zweryfikować. Po pokonaniu kilku kilometrów dość stromej drogi dojechałyśmy do Karczmy Wenta w Bukowinie Tatrzańskiej. W karczmie są miejsca noclegowe, ale podobno o nie bardzo trudno. Nas one nie interesowały, pytałyśmy o kuchnię. Pani kelnerka zapewniała, że wszystkie dania są przygotowywane na bieżąco, stąd nieco wydłużony czas oczekiwania na niektóre potrawy. Po przejrzeniu menu wybrałyśmy z Gwiazdeczką pierogi ruskie (lepione na miejscu), kwaśnicę i pstrąga z frytkami. Dania docierały do nas w odpowiedniej kolejności. Kwaśnica była wyśmienita. Świetnie przyprawiona, odpowiednio kwaśna. Jedna porcja zjedzona na pół była dla nas wystarczająca. Gwiazdeczka dostała swoje ulubione pierogi ruskie (znakomite!), a ja pstrąga z kleksem z masła czosnkowego i płomykiem na wypieczonej skórce. Kiedy zjadłyśmy nasze porcje, uznałyśmy, że opinie o karczmie były w pełni zasłużone. Wszystko nam się tam podobało - pyszne menu i ciekawy góralski wystrój. Polecamy!!!






Szczawnica jest cudnym miejscem. Zdecydowanie wolę ją od Zakopanego. Tęsknię za jej urokliwymi uliczkami, parkiem nad potokiem, pięknymi widokami z Palenicy. Niedługo znów ją odwiedzę. Mam nadzieję, że następnym razem obie z Gwiazdeczką pokażemy uroki tego miejsca Maleństwu.